Wakacje w Stambule - początek

Z Warszawy do Stambułu



Mniej więcej w maju 2015 roku postanowiłyśmy z K zorganizować sobie wakacje. Prawdziwe wakacje, a nie wyjazd służbowy, bo tych mi nie brakowało. Wstępne założenie było takie, że ma być ciepło, ładnie i leniwie. Przez jakiś tydzień rozważałyśmy wyjazd do jakiejś małej miejscowości na południu Włoch lub niewielką grecką wyspę. Byłam już o krok od zarezerwowania pobytu na Kos, kiedy dotarły do mnie informacje o lądujących tam tratwach z tysiącami imigrantów. Odpuściłyśmy.




Nagle ni z tego ni z owego K wyskoczyła z genialnym pomysłem - Stambuł. Przed oczami przetoczyły mi się hasła w stylu: Konstantynopol, stolica Cesarstwa wschodniorzymskiego, Brama Orientu, Orient Express... Trzy minuty później siedziałam już na skyscanner.com i szukałam lotów. Po kolejnej minucie napisałam do K coś w stylu "bilety, wrzesień, tanio, bierzemy" a ona potwierdziła. Mamy to do siebie, że długo nie zastanawiamy się w takich sytuacjach. Zatem w maju stałyśmy się szczęśliwymi posiadaczkami biletów na wrzesień, na bezpośredni lot LOTem z Warszawy do Stambułu.

Trzeba było jeszcze zorganizować hotel tudzież mieszkanie. Szukałyśmy ich zarówno na booking.com jak i na airbnb.com . Na airbnb prawie zarezerwowałyśmy fantastyczne mieszkanie, które miało wielki taras z widokiem na cieśninę Bosfor i było tanie. Niestety oferta wydała nam się trochę zbyt dobra, do tego właściciel mieszkania nie miał żadnego pozytywnego komentarza od byłych gości, a kiedy do niego napisałam z pytaniem, czy posiada może jakieś referencje, nie odpisał. Zrezygnowałyśmy więc na rzecz hotelu znalezionego na bookingu, i cóż, dostarczyło nam to wielu wrażeń. Historia jest zdecydowanie zbyt długa, żeby przytaczać ją w tym poście, ale opisałam ją niedawno i znajdziecie ją klikając w ten link. Kiedy już zarezerwowałam hotel odezwał się właściciel mieszkania z airbnb, przepraszając za opóźnienie i wysyłając linka do hotelu, którego jest właścicielem, w którym znajdowało się to mieszkanie i było tam milion referencji. Napisał, że dopiero zaczyna przygodę z airbnb i stąd taka korzystna cena. Niestety było już za późno i dobra okazja przeszła nam koło nosa.




Podróż zamolotem upłynęła nam przyjemnie, pewien dyskomfort związany był tylko z faktem, że prawdopodobnie porwali nas kosmici. Jest to jedyne wytłumaczenie zdarzenia, jakie spotkało nas podczas lotu, i które przebiegało następująco. Około pół godziny przed planowanym czasem lądowania, kiedy obie siedziałyśmy z nosami przyklejonymi do szyby, zobaczyłyśmy Stambuł. Ogromne miasto, leżące nad cieśniną, z bardzo rozległymi przedmieściami. Nie mogło to być nic innego, zatem założyłyśmy, że teraz samolot pewnie będzie szybko wytracał wysokość i uda się w kierunku lotniska. Lecimy, lecimy i jakoś nie bardzo czujemy, żebyśmy się obniżali, do tego zostawiliśmy to miasto już tak daleko za sobą, że ciężko było uwierzyć, że nadal lecimy w kierunku lotniska. Pod nami pojawiła się woda a samolot raźno leciał dalej. Po około 20 minutach stewardessa ogłosiła, że przygotowujemy się do lądowania na lotnisku Ataturk w Stambule, co też się stało po kolejnych 10 minutach. Byłyśmy dość mocno skołowane, ale nie dowierzając swojej znajomości geografii zaczęłyśmy przeglądać mapę w poszukiwaniu miasta, nad jakimś przelatywałyśmy, nic to jednak nie dało. Na trasie między Warszawą a Stambułem, a nawet w odległości kilkuset kilometrów od tej trasy nie znalazłyśmy ani jednego kandydata na miasto, nad którym przelatywałyśmy. W międzyczasie wysiadłyśmy już z samolotu więc nie mogłam nawet spytać stewardessy. Zagadka ta została nierozwiązana do dzisiaj, dlatego najbardziej prawdopodobna wydaje mi się opcja z porwaniem i kosmitami.




Potem poszło nam lepiej. Na lotnisku wymieniłyśmy niewielką część naszych euro na liry - niewielką, bo na lotnisku jest drogo, a miałyśmy euro z tego względu, że dużo korzystniejsza jest wymiana PLN->EUR i EUR->TRY(lira) niż wymiana bezpośrednio z PLN->TRY w Polsce. Za to kupiłyśmy bilety na metro, które są w formie śmiesznych plastikowych żetonów. Wsiadłyśmy w linię M1 i dojechałyśmy na stację Zeytinburnu, gdzie przesiadłyśmy się w tramwaj T1, jadący w kierunku Kabat (Kabataş). Tramwaj jechał okropnie długo, na początku przez dość nieciekawe blokowiska i przedmieścia, później po minięciu ruin muru miejskiego otaczającego dawny Stambuł wjechałyśmy w ciekawszą okolicę. W tramwaju zwrócił naszą uwagę wysoki, starszy mężczyzna w stroju zdobywcy Afryki i z wielkim aparatem w dłoni. Po chwili zagadał do nas i okazało się, że jest Polakiem, również na wakacjach, tylko w przeciwieństwie do nas on wyjeżdża za parę dni. Polecił nam abyśmy wybrały się w rejs po Bosforze oraz jak najlepiej dostać się na azjatycką stronę miasta. W końcu, po zobaczeniu napisu naszego przystanku docelowego - Sultanahmet, wysiadłyśmy. Byłyśmy w samym środku tłocznego, gorącego, rozpalonego słońcem i pachnącego przyprawami Stambułu!


Cdn.
Jak widać, sztuka zwięzłego pisania jest mi obca, zresztą blog jest po to, żeby go czytać. Biorąc pod uwagę fakt, że na mojej liście tematów do opisania na temat Stambułu, cały powyższy wpis mieścił się w punkcie pierwszym pt. "dojazd", a punktów mam kilkanaście, to możecie się szykować na przynajmniej jeszcze kilka wpisów na ten temat. Obiecuję, że tym razem nie będziecie musieli czekać roku :)

Dalsza część opisu pobytu w Stambule - pod tym linkiem.

Komentarze