Jak nie organizować weekendowego wypadu?

Kilka miesięcy temu podczas rozmowy ze znajomym Francuzem moja siostra określiła mnie mianem "easy traveller". Miało to oznaczać, że jestem osobą, która wyjątkowo swobodnie podchodzi do tematu podróżowania, nie przygotowuje się specjalnie, nie planuje i nie pakuje za dużo. Po prostu "biorę i jadę" zakładając, że reszta jakoś się ułoży - i zwykle się układa. Dziś chciałabym jednak przedstawić Wam historię mojego ostatniego spontanicznego wyjazdu, która trochę utarła mi nosa i dała do myślenia.


Rozdział pierwszy "Opona"


Razem z kolegą postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę z Mediolanu do Wenecji. Planowo miała nam ona zająć całą niedzielę, zatem w sobotę wieczorem zaopatrzyliśmy się w samochód z wypożyczalni, którym mieliśmy tam dojechać. Niestety rano spotkała nas nieprzyjemna niespodzianka, po uruchomieniu samochodu zapaliła się w nim żółta kontrolka przypominająca nieco rozpłaszczone coś z kolcami na dole. Po szczegółowych oględzinach doszliśmy do wniosku, że jeśli to coś jest do czegokolwiek podobne, to przypomina oponę z kapciem. Obejrzeliśmy samochód i faktycznie, lewe przednie koło wydało nam się nieco bardziej spłaszczone od reszty, choć nie było też z nim bardzo źle. Do wypożyczalni było dość daleko, zresztą znając Włochów to o 8.00 rano na pewno byśmy tam nikogo nie zastali. Postanowiliśmy zatem pojechać na najbliższą stację benzynową w celu dopompowania opony. Wprawdzie stacja była również zamknięta - no tak, niedziela 8.00 rano - ale za to znaleźliśmy niewiele dalej myjnię, wokół której było też rozmieszczone ze 20 odkurzaczy do samochodów, zestaw do perfumowania klimatyzacji (nie wiedziałam wcześniej, że takie rzeczy istnieją) oraz na samym końcu nieco ukryty kompresor. Z jego obsługą pomógł nam uprzejmy Włoch, który pompował swoje opony na stanowisku obok. Dał nam nawet żeton, który należało wrzucić do maszyny i nie wziął za to pieniędzy. Napompowaliśmy oponę, która jednakowoż, według relacji świadków (kolegi i Włocha) zaczęła "trochę syczeć". Ja nic nie słyszałam, ale słuch mam kiepski więc nie widziałam w tym nic dziwnego. Osiągnęliśmy wprawdzie pewien sukces, bo kontrolka zgasła, jednak wizja jechania do Wenecji samochodem, który "trochę syczy" nie wydawała się zbyt kusząca. Smutni wróciliśmy do hotelu, samochód stawiając na parkingu i postanowiliśmy dać mu trochę czasu, aby zobaczyć co się stanie.

3 godziny później przeprowadziliśmy inspekcję opony, która już nie syczała, a kontrolka nadal się nie świeciła. W świetle tych faktów, postanowiliśmy nie marnować dnia i gdzieś pojechać, ale z racji straconego czasu Wenecja już odpadała. Po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się wybrać nad jezioro Como, a konkretnie do miejscowości Bellagio, która leży na półwyspie oraz, według relacji znajomych, jest bardzo malownicza i można tam dobrze zjeść.



Rozdział drugi "W drodze do Bellagio"



Od decyzji do wyjazdu minęły jakieś 3 minuty, więc przygotowania ograniczyliśmy do wzięcia ze sobą kurtek. Nie mieliśmy mapy, ale przecież po co nam ona skoro mamy telefony wyposażone w nawigację. Konkretnie, telefonów było trzy:

Numer 1: naładowany na 40% i wyposażony we włoską kartę SIM

Numer 2: mój prywatny, naładowany na 70% i z polską kartą SIM

Numer 3: kolegi, naładowany na 100% z kartą SIM na której było około 10 groszy oraz bez możliwości przełożenia innej karty do tego telefonu, bo do Apple wchodzą mniejsze karty

Dodam również, że na wyjazd do Wenecji spakowałam ładowarkę oraz kabel USB, który pozwalałby ładować telefon bezpośrednio z samochodu. Kiedy jednak okazało się, że nie jedziemy, w przypływie nagłego ataku pedantyzmu wyciągnęłam je z torebki i zostawiłam w hotelu, a kiedy postanowiliśmy jechać nad Como już dawno o nich zapomniałam.




Wyjechaliśmy kierowani nawigacją z telefonu nr 1. Szło nam dobrze, do czasu aż kawałek przed miejscowością Lecco kolega powiedział "telefon się rozładował". Czym tu się jednak martwić skoro wokół majestatyczne Alpy, pogoda piękna a przed nami równa droga. Niezrażeni pojechaliśmy dalej, co o ile pamiętam skomentowałam słowami "eee tam na pewno trafimy, w końcu jest jedna droga wzdłuż jeziora". Po paru minutach dotarło do nas, że wprawdzie jest i droga i jezioro, ale znajduje się nie po tej stronie co powinno. Jadąc do Bellagio powinniśmy mieć wodę po prawej ręce, tymczasem, nie dało się ukryć, była po lewej. Wniosek był jeden, w Lecco skręciliśmy źle i jesteśmy właśnie po wschodniej stronie jeziora.

Nie mieliśmy szansy zawrócić, bo droga była autostrado-podobna, bez skrzyżowań i nawrotek, do tego chwilę później wpadliśmy w szereg bardzo długich tuneli. Czasami po przejechaniu kilku kilometrów pod górą wyjeżdżało się na powierzchnię na całe kilkadziesiąt metrów, by znowu zagłębić się pod ziemię. Powoli zaczęło wiać nudą, jeziora ani Alp nie było widać a ile można patrzeć na światełka w tunelu, wtedy jednak samochód postanowił po raz kolejny dostarczyć nam rozrywki i zapalił kontrolkę symbolizującą kończące się paliwo. Skłoniło nas to do bardziej intensywnego wypatrywania jakiegoś zjazdu oraz przyjęcia strategii "jak będzie znak na jakąkolwiek miejscowość to skręcaj". I w końcu pojawił się znak, zjazd na miejscowość Dervio. Skręciliśmy, zostawiając za sobą ponad 20 kilometrów tuneli.



  
Zjazd do Dervio był również tunelem, ale innym niż wcześniejsze, szerokie, przestronne i dobrze oświetlone tunele na trasie szybkiego ruchu. Ten był w części wydrążony w skale, ciasny, wąski, ciemny i wilgotny. Po ścianach spływała woda a chwilę później zaczęła lać się też na samochód z sufitu tak, że musieliśmy uruchomić wycieraczki. Przyznam, że robiło to dość niepokojące wrażenie. Po wyjechaniu z niego naszym oczom ukazała się maleńkie rondo, z którego wychodziły trzy drogi, jedna w dół, druga płasko, trzecia do góry.

Wiedziona logiką uznałam, że skoro jezioro jest na dole to jedziemy tą w dół. Decyzja ta wprawdzie nie zaprowadziła nas nad jezioro, ale pozwoliła zwiedzić niezwykle wąską drogę, wiodącą na przemian w dół i w górę między przyklejonymi do stoku domami. Była ona tak ciasna, że gotowa byłam się założyć, że jest jednokierunkowa, do czasu aż dotarliśmy do jej końca znajdującego się na czyjejś posesji. Zawróciliśmy, obszczekani wcześniej przez psy, i naszą już-dwukierunkową drogą powróciliśmy na rondo.

Tym razem padło na drogę wiodącą w górę "bo pokazywały na nią jakieś znaki", które wprawdzie nie mówiły nam wiele, ale widocznie coś tam musiało być. Jak teraz o tym myślę, to może na znakach było napisane "Nie jedź tam" albo "Tylko dla miejscowych". Droga okazała się cholernie stroma i kręta, wznosząca się typowymi dla wysokich gór zakosami, gdzie co chwile trzeba było zawracać o 180 stopni na zakręcie aby pokonać kolejny odcinek w górę. Samochód dostał za swoje, nie chciał jechać do Wenecji więc za karę został kozicą. Wspinał się wprawdzie dzielnie, ale kwestia paliwa zyskała nagle na wadze gdy wskazówka niebezpiecznie szybko zbliżała się do znaczka "E", podejrzewam że osiągnęliśmy spalanie kilkukrotnie przewyższające normę. Po dziesięciu minutach takiej wspinaczki stało się jasne, że nawet jeśli gdzieś tędy dojedziemy, to na pewno nie będzie to jezioro, które zostawało coraz niżej pod nami. Zawróciliśmy z niemałym trudem, droga była niewiele szersza od poprzedniej, i wróciliśmy tymi samymi serpentynami, tym razem testując wytrzymałość hamulców.

Trzeci zjazd z ronda musiał być dobry, tego wymagała przyzwoitość, choć podejrzewałam już, że też szykuje jakąś niespodziankę. Tak się jednak nie stało, zjeżdżając powoli w dół trafiliśmy w końcu do Dervio. Jadąc przez tę miejscowość rozglądaliśmy się za stacją benzynową, jednak nigdzie jej nie było. Zatrzymaliśmy się, aby zapytać o to miejscowego, który akurat grabił ogródek przy drodze. Wyjaśnił nam, że dzisiaj jest niedziela i stacje w okolicy są pozamykane, ale w miejscowości Bellano 3 kilometry dalej jest stacja automatyczna, która powinna działać. Ruszyliśmy więc w kierunku Bellano.




W Bellano stacja faktycznie była, jednak pojawił się kolejny problem. Uświadomiliśmy sobie, że nie wiemy na jakie paliwo jeździ nasz samochód. Zwykle sprawdzenie tego nie jest problemem bo odpowiednia naklejka umieszczona jest pod klapką wlewu do tankowania, jednak nie mogliśmy otworzyć wlewu. Moje dotychczasowe doświadczenie z samochodami obejmowało nieco starsze modele, gdzie klapkę się po prostu ciągnęło i się otwierała, tej nie było jednak gdzie złapać bo była idealnie wpasowana w karoserię i nie miała żadnego uchwytu. Zaczęliśmy szukać przycisku do jej otwierania, ale po 15 minutach dokładnej inspekcji samochodu nie znaleźliśmy niczego, co choć trochę kojarzyłoby się z klapką do paliwa. Naciskanie losowych przycisków również nie przyniosło efektu. W tym momencie problem jakiego paliwa mamy użyć zszedł na drugi plan, w świetle tego, że nie mieliśmy zielonego pojęcia jak w ogóle dostać się do baku.

Okazało się, że w samochodzie nie ma książki z instrukcją jego obsługi. Znajomi, którzy mogliby coś wiedzieć, albo nie odbierali telefonów, albo nie udawało się w ogóle nawiązać połączenia bo zasięg w Bellano był kiepski. Jedna koleżanka obiecała pomóc, ale zaraz potem zerwało nam rozmowę i nie mogłam jej znowu nawiązać. Wpadłam na pomysł aby zadzwonić do firmy, z której wypożyczyliśmy samochód. Kto jak kto, oni powinni wiedzieć jak go obsługiwać. Wybrałam numer kontaktowy podany na umowie, nikt jednak nie odebrał. Zadzwoniłam na inny numer, podpisany "assistance", tam automat kazał mi wybrać język, włoski lub angielski. Wybrałam angielski i przełączyło mnie do kolejnego automatu, który dyktował (po włosku) nazwę strony www tej firmy. Zadzwoniłam jeszcze raz i tym razem wybrałam włoski, z zamiarem poproszenia o przełączenie mnie na infolinię angielską. Włączyła się jakaś muzyczka więc uznałam, że muszę zaczekać, jednak 10 minut później dałam sobie spokój. Muzyczka była spoko, ale wyglądało na to, że nikt nie ma zamiaru podnieść słuchawki. Został mi jeszcze trzeci numer - podpisany jako kontakt w razie wypadku. Zadzwoniłam i natknęłam się na znaną już sobie centralkę pytającą czy wolę włoski czy angielski. Wybrałam angielski, licząc że może sprawy wypadków traktowane są nieco poważniej, przełączyło mnie w jakieś głębiny centrali telefonicznej, z których słyszałam tylko dziwne piski brzmiące jak transmisja radiowa od kosmitów. Wybrałam ponownie wersję włoską - i jak już być może się domyślacie - nikt nie odebrał.

Byliśmy już nieźle wkurzeni i powoli kończyły nam się pomysły co można by jeszcze zrobić aby dowiedzieć się, jak otwiera się tę cholerną klapkę. Wtedy jednak dodzwoniła się do mnie koleżanka, która wcześniej obiecała pomóc. Po zasięgnięciu opinii swojego znajomego kazała szukać przycisku "gdzieś koło kierownicy albo przy siedzeniu". Rada ta wydała mi się mało odkrywcza, bo szukaliśmy już w tych rejonach 20 razy, ale uznałam że nic innego mi nie zostaje, więc zaczęłam się rozglądać jeszcze raz - i nagle - eureka - obok siedzenia, trochę schowany pod nim ukazał się przycisk ze znaczkiem dystrybutora paliwa!




Dalej poszło już nieźle, no, prawie nieźle. Pod klapką znaleźliśmy informację, że samochód odżywia się benzyną i czym prędzej podjechaliśmy pod dystrybutor stacji automatycznej. Pełni entuzjazmu próbujemy tankować, jednak paliwo nie leci. Stwierdziłam, że pewnie trzeba najpierw zapłacić, więc dałam automatowi swoją kartę i wybrałam rodzaj paliwa i numer dystrybutora. Niestety po chwili automat oddał mi kartę, mówiąc coś po włosku i drukując karteczkę, na której był adres stacji, godzina i nic więcej. Kolejna próba wyglądała podobnie, więc powróciliśmy do koncepcji nalania paliwa najpierw, zapłacenia później. Jednak jak byśmy nie naciskali, paliwo nie leciało.

Uratował nas starszy Włoch, który podjechał na stację swoim pick-upem. Kiedy podszedł do automatu zaczęliśmy bezczelnie gapić mu się przez ramię. Zorientował się, o co nam chodzi i zaskakująco ładnym angielskim wyjaśnił jak to dziadostwo działa. Okazało się, że działa tak jak myślałam, płaci się najpierw a leje potem, tyle że zapłacić trzeba gotówką. Karty najwyraźniej tam nie działały. Jak tylko Włoch zatankował rzuciliśmy się na automat z 20€ w ręce, i tym razem się udało! Zjadł banknot, pozwolił wybrać rodzaj paliwa i odblokował możliwość tankowania. Samochód został nakarmiony a my ucieszeni pojechaliśmy na parking koło jeziora.

Tu nastąpiła najmniej problematyczna część naszej wycieczki. Przeszliśmy się wzdłuż jeziora, wspięliśmy na cmentarz, do kościoła nie udało się wejść bo w środku odbywało się spotkanie jakiejś grupy ludzi, którzy rzucili nam mordercze spojrzenia kiedy tylko stanęliśmy w progu, więc obejrzeliśmy kościół tylko pobieżnie. Do tego panini i lody zjedzone w jedynej otwartej knajpie, poza nam byli tam tylko Włosi w średnim wieku, którzy jedli, pili i grali na fliperach. Zajrzeliśmy też w kilka starych, wyglądających na opuszczone podwórek kamienic, zbudowanych z nieco już kruszącego się kamienia i porosłych dzikim winem.

Nadszedł czas by wracać. Kiedy weszliśmy do samochodu pojawił się jednak problem - kontrolka ciśnienia w oponie znowu zaczęła świecić. To że w okolicy nie znajdziemy żadnego kompresora było więcej niż pewne, postanowiliśmy więc ruszyć w drogę i dopompować oponę na najbliższej stacji benzynowej.

Jak pisałam wcześniej, telefon z włoską kartą SIM padł jeszcze zanim dojechaliśmy do Como i końcówkę trasy jechaliśmy bez nawigacji. Wiedzieliśmy jednak, że nie uda nam się wrócić w ten sam sposób, może dojechać do Mediolanu, ale na pewno nie trafić do hotelu, który znajduje się kawałek pod Mediolanem. Plan zakładał, że do mojego telefonu, któremu po wszystkich wykonanych tego dnia telefonach zostało około 40% baterii, przełożymy włoską kartę SIM i odpalimy nawigację na ostatni odcinek trasy. Tak też zrobiliśmy, jednak telefon odmówił współpracy, złapał sieć ale nie było mowy o wejściu do internetu, a co za tym idzie, wczytaniu mapy. Wyruszyliśmy więc w drogę powrotną z niepewną oponą i bez nawigacji.



Rozdział trzeci "W drodze bez mapy"



Jechało się nieźle. Od czasu do czasu puszczaliśmy lekko kierownicę, żeby zobaczyć czy samochód sam z siebie jedzie prosto, czy nie zaczyna go znosić w kierunku niedopompowanej opony, ale póki co jechał dobrze. Kierowaliśmy się na znaki, najpierw Lecco, potem Monza i Mediolan. Zgodnie z planem zawijaliśmy na każdą spotkaną po drodze stację benzynową w poszukiwaniu kompresora. Niestety 9 na 10 stacji była bezobsługowa i wyposażona tylko w dystrybutory paliwa. W końcu udało nam się trafić na stację, gdzie byli ludzie. Zapytaliśmy dziewczyny za ladą o kompresor, ona jednak lekko spanikowanym tonem powiedziała nam, że nie mówi po angielsku. Próbowaliśmy wyjaśnić o co chodzi przy użyciu pantomimy - wyobraźcie to sobie. W końcu chyba nas zrozumiała i pokręciła głową - kompresora nie ma. No cóż, niezrażeni spytaliśmy ją o ładowarkę do telefonu lub kabel USB, żeby móc podłączyć naszą jedyną działającą nawigację do prądu i dowiedzieć się którędy jechać. Mediolan było coraz bliżej i trzeba było wymyślić co dalej. Włoszka za kasą wybałuszyła nieco oczy i znowu pokręciła głową, nie ma, nic nie ma. Powinniśmy wyjechać ze stacji zasmuceni, ale humor poprawiał nam fakt, że zapewne przez długi jeszcze czas dziewczyna będzie się zastanawiać, o co chodziło cudzoziemcom, którzy chcieli kompresor, a kiedy dowiedzieli się że nie ma, to chcieli kupić chociaż kabel USB.




Kilka kilometrów dalej minęliśmy znak "Mediolan" i już dłużej nie mogliśmy udawać, że mamy pomysł jak jechać dalej. Wtedy jednak spłynęło na mnie oświecenie i wymyśliłam, że w ostateczności mogę uruchomić internet na moim telefonie wyposażonym w polską kartę SIM. Wizja zapłacenia za transfer kilkunastu złotych była i tak lepsza, niż błądzenie w Mediolanie do rana. Dodatkowo zmotywował mnie do myślenia fakt, że z oponą było coraz gorzej, po puszczeniu kierownicy samochód zaczynał skręcać w lewo, czyli opona robiła się coraz bardziej płaska i zastanawiałam się ile jeszcze wytrzyma.

Na nasze szczęście telefon połączył się z internetem i ruszyła nawigacja. Baterii zostało 30% i wiedzieliśmy, że to musi nam wystarczyć. Po chwili okazało się jednak, że nie będzie tak łatwo, bo nawigacja działała wyjątkowo głupio. W momencie kiedy powinna podać dwa polecenia z rzędu, np. "skręć w prawo i na rozjeździe w prawo" podawała tylko pierwsze z nich, a kolejne po upływie kilku sekund, kiedy zwykle byliśmy już dawno za rozjazdem, na którym musieliśmy skręcać na czuja. W związku z tym zjechaliśmy z trasy z 5 razy, raz nawet udało nam się wjechać w parking podziemny pod ogromnym Auchanem. Na tym parkingu nawigacja widziała nieistniejące ronda i chciała nam kazać po nich jeździć.

W końcu jednak powoli trafiliśmy na drogę w kierunku naszego hotelu, baterii zostało wtedy już około 5%. Przejechaliśmy krótki fragment płatnej autostrady, gdzie bramki działają w następujący sposób: na wjeździe bierze się bilet, na wyjeździe wkłada do automatu, on sczytuje trasę jaką pokonaliśmy i wyświetla kwotę. Jednak naszego biletu nie chciał łyknąć, prawdopodobnie coś było z nim nie tak albo zdążył się rozmagnesować. Za nami powoli formowała się kolejka sfrustrowanych samochodów a automat nadal odmawiał współpracy. Nacisnęliśmy przycisk "assistance" i przez głośnik odezwała się kobieta, która zaczęłam coś szybko mówić po włosku i zakończyła to tonem pytającym. Odpowiedzieliśmy, że nie mówimy po włosku, w związku z czym ona powtórzyła swoją wypowiedź wolniej i bardziej wyraźnie. Powiedzieliśmy, że nadal nie mówimy po włosku, na co ona zirytowana zaczęła mówić jeszcze głośniej i sylabami. W końcu powszechnie wiadomo, że jeśli mówisz wystarczająco powoli i wyraźnie to nawet cudzoziemiec powinien zrozumieć. My jednak nadal powtarzaliśmy, że nie rozumiemy ni cholery, na co zaczęła wymieniać nazwy okolicznych miast. To zrozumieliśmy, podaliśmy nazwę swojej miejscowości docelowej i voila, na ekranie wyświetliła się kwota, zapłaciliśmy i szlaban puścił nas dalej.






Tymczasem stan baterii telefonu wynosił 1% a my wiedzieliśmy, że jesteśmy mniej więcej w dobrej okolicy, ale gdzie jechać dalej nie mieliśmy pojęcia. Nie pozostało nic innego niż zapamiętać kilka kolejnych rond zanim nawigacja się wyłączy. Telefon ostatecznie poddał się dwa ronda od miejsca gdzie zaczynała się znana nam okolica. Był to czyn niezwykle bohaterski, wytrzymał dokładnie tyle ile musiał.

Dotarliśmy do hotelu. Opona wydawała się już o połowę bardziej płaska niż inne, ale dojechaliśmy. 

*******

Zapewne część z Was zauważyła, że ostatnio mało piszę na blogu. Wynika to z faktu, że ostatnie trzy miesiące spędziłam w Polsce, co było najdłuższą przerwą w wyjazdach od prawie trzech lat. Ten odpoczynek bardzo dobrze mi zrobił, miałam okazję odpocząć, pozałatwiać swoje sprawy i w końcu zatęsknić znów za podróżami. Ostatnio pochłaniają mi też czas inne aktywności i na blog zostaje mniej czasu, ale planuję nadal go pisać, kiedy tylko będę miała Wam coś ciekawego do powiedzenia.

Komentarze

  1. Ale mieliście przygodę :D Przynajmniej będziecie to pamiętać na długo. Ja Ci bardzo zazdroszczę bycia "easy travellerem", ja niestety wszędzie się boję jechać sama, nawet pociągiem po Polsce bym się bała :) Chociaż chcę to przełamać w te wakacje i wybrać się z chłopakiem np. do Paryzą, mimo iż żadne z nas nigdy nie leciało samolotem ani nie było we Francji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej An gie :) Tak na prawdę nie ma się czego bać. Europa wszędzie jest taka sama i wyjazd do innego kraju w gruncie rzeczy niewiele się różni od wycieczki po Polsce.
      Spróbuj małymi kroczkami, Paryż to dość bezpieczny kierunek, w internecie jest mnóstwo informacji na ten temat i na pewno nie zginiesz, zaplanuj sobie wszystko, wykup ubezpieczenie podróżne, bierz chłopaka pod pachę i jedź. Gdybyś potrzebowała pomocy to daj znać, w Paryżu spędziłam sporo czasu i jestem w stanie coś doradzić. Pozdrawiam :)

      Usuń

Prześlij komentarz