Christiania - gdzie narkotyki są prawie legalne

Mam teorię, że każdy człowiek, czy patrząc szerzej, naród, jeśli żyje w na co dzień narzuconej sobie dyscyplinie, potrzebuje jakiegoś ujścia, wentylu bezpieczeństwa.

Jedni  grają na ukulele, jak Gary Oldman, który spytany o największe szaleństwo w życiu podał właśnie taki sposób odstresowania.
Inni, jak Duńczycy, hamują w nierozsądny sposób na rowerach oraz zakładają w stolicy kolorową dzielnicę ćpunów, artystów i kramów z narkotykami.

Christiania była kiedyś terenem bazy wojskowej, która po zamknięciu została przejęta przez grupę hippisów i squatersów na drodze pokojowej inwazji. Co więcej, skurczybyki opublikowały manifest, twierdząc że od teraz teren ten jest wolny miastem i będzie rządził się swoimi prawami.

A prawa te, na dzień dzisiejszy wyglądają następująco:

Dozwolone jest:
- handlowanie miękkimi narkotykami
- radosne upalanie się powyższymi

Zabronione jest:
- jeżdżenie samochodem
- robienie zdjęć (a już w szczególności handlarzom)
- bieganie (jak biegasz, to znaczy że goni cię policja albo sam jesteś policjantem, bieganie powoduje w Christianii panikę)

Tablica informacyjna: 


Wiem, że to dziecinne ale nie mogłam się powstrzymać :)



Idąc w kierunku Christianii z koleżanką, z niecierpliwością wypatrywałyśmy pierwszego ćpuna lub innych objawów, że okolica staje się bardziej hippisowska i tolerancyjna. Pierwszego narkomana spotkałyśmy jeszcze przed bramami Christianii, leżał na chodniku i sprawiał wrażenie mocno sfatygowanego.

Pierwszy ćpun


Kawałek dalej trafiłyśmy na pierwsze wejście, bardzo fajnie wyglądające na tle szarego i spokojnego miasta.

Jedno z wejść do Christianii

Christiania w Kopenhadze

Przy wejściu nie ma żadnej kontroli osobistej, pytań dotyczących ideologii, wyznania oraz czy szanujemy zieleń, czy też nie. Pan widoczny w bramie nie był gorylem pilnującym wstępu do Arkadii, po prostu sobie tam stał i lekko zamglonym wzrokiem oglądał cegły w murze. 

Wejścia na teren dzielnicy nie da się nie zauważyć, od razu robi się inaczej. Kolorowe napisy na murach, plakaty, zdjęcia, krzywe, na pół świecące neony. Wybite szybki w oknach, przez które widać, że w środku budynku znajduje się knajpa. Dużo dziwnych, abstrakcyjnych przedmiotów zdobiących, lub nie, okolicę. Brudno, sporo śmieci i bliżej nieokreślonego złomu leżącego na ulicach. Naprawy w budynkach robione metodą bardzo chałupnicza, wybita szyba raczej jest zabita deskami czy zaklejona plakatem a nie zastępowana nową. 

Stolik i krzesła (lepiej powiększyć)



Typowa ściana budynku, w środku psychodelicznie zmieniał się co sekundę kolor świateł



Idąc bardziej w głąb dzielnicy robi się jeszcze ciekawiej. Pojawia się coś jak średniowieczny targ, prymitywne stoiska, zrobione z desek i kawałków materiału. Sprzedawane są kolorowe, ręcznie robione ubrania, chusty, szaliki, biżuteria (w tym pierścionki z Afganistanu, sprzedawca spytany czy sam je sprowadza powiedział że tak, razem z heroiną) wszelkie akcesoria związane z paleniem, skręcaniem i nabijaniem. Są też stoiska z jedzeniem. Kartą nie da się płacić:)

Jeszcze dalej pojawia się najciekawsze. Przy drodze, bezczelnie i na widoku rozłożone są kramy z narkotykami. Trawa, hasz, mieszanki, skręty małe, duże, KING SIZE, ceny i etykietki jak w spożywczaku. 
Czy sprzedawane są tam, oficjalnie zabronione, twarde narkotyki? Nie wiem, nie widziałam, choć wierzę, że zainteresowany znalazłby coś dla siebie w głębi stojących tam budynków.

Urzeczone atmosferą miejsca oraz zaczadzone wszechobecnymi oparami postanowiłyśmy z koleżanką zaszaleć i kupić sobie po piwie w knajpie. Wiem, jestem niegrzeczna. Nasz szatański plan jednak się nie powiódł, gdyż w knajpie... nie sprzedawali piwa. Była kawa, herbata, przy stolikach siedzieli weseli ludzie ale piwa nie potrzebowali. O nie. Sądzę, że spędzenie w tym lokalu 15 minut wystarczyło by mi aby wejść na ten sam poziom świadomości co oni, takiej "siekiery" w powietrzu jeszcze nigdzie nie spotkałam:)

Pracownia artysty - jakość zdjęcia ma podkreślić oniryczny charakter tego miejsca:P


W świetle powyższego opisu warto podkreślić jedną rzecz: Christiania jest bezpieczna. W ogóle nie czuć tam atmosfery zagrożenia, niepokoju że jest się w otoczeniu, jakby nie patrzeć, przestępców i narkomanów. Spokój, nikt nie biega (zabronione), nikt nie krzyczy, wszyscy są przyjaźni i uśmiechnięci. Kiedy zrobiło się zimno i podeszłyśmy do koksownika, od razu zrobiono dla nas miejsce. Gdy jakiś facet się przewrócił w moment znalazło się przy nim kilka osób, które go podniosły, sprawdziły czy nic mu nie jest i posadziły na jakiejś ławce żeby doszedł do siebie. 

Brama wyjściowa - bardzo smutna w porównaniu z wejściową:) Ale kto by chciał wracać do EU




Komentarze

  1. Przyznaj się, nie przestrzegałaś zakazu robienia zdjęć.

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż, robienie zdjęcia napisu "No foto" jest zdecydowanie nie przestrzeganiem zakazu:D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz